Prolog

Florencja, 21 grudnia 1851 roku

Najdroższa Leno!

Za stary jestem by się tylko bawić, ale i za młody, by o niczym nie śnic. Co świat może mi jeszcze ofiarować? Mam zrezygnować, zapomnieć, wyrzec się? Budzę się rano z przerażeniem i będąc bliski płaczu wiem, że ani jedno moje marzenie się nie spełni. Nawet najmniejszy błysk radości gasi zgorzkniała krytyka. Wobec tej głupiej codzienności mój twórczy umysł nie może nic zdziałać!

Straciłem tyle lat … tyle dni, by odnaleźć Cię, nie zważać na Ciebie, zakochać się i Cię odrzucić. Bałem się. Bałem się tego co do Ciebie czuję i proszę, nie miej mi tego za złe. Nie mogę się wiecznie wykręcać moją chorobą, chociaż wiem, że to głównie przez nią tyle razy płakałaś. Ja także płakałem, bo wiedziałem, że Cię tracę, ale nie miałem na tyle odwagi, by z tym walczyć. Teraz płaczę jeszcze mocniej, bo straciłem nie tylko Twoje cielesne Ja. Nie ma Ciebie już w moim sercu. Została pustka tak rozkoszna, a zarazem męcząca i głucha. Bez wyrazu, a jednak ciepła, dająca usprawiedliwienie. Nienawidzę się za te doznania jeszcze bardziej, bo wiem, że powinienem czuć tylko smutek i żal rozrywający serce. Nie powinienem pisać, ani tworzyć, a jednak Twoje odejście dodaje mi większego natchnienia niż kiedy byłaś blisko. Czy to możliwe? Czyż może jestem aż tak zepsuty? Czy może to naturalne? Za sprawą odejścia najwspanialszej muzy moje serce napełnił blask natchnienia.

Czuję się podle, a i ludzie mnie takiego widzą. Świat stracił kolory, przybrał ponure odcienie, które bosko inspirują moją duszę. Ludzie mnie za to kochają i jednocześnie nienawidzą. Czy to ma jakikolwiek sens?

Szczerze oddany

Anarion Franciszek Rapsod