~*~
Florencja, 22 grudnia 1851 roku
Droga Leno!
Ostatnim listem upewniłem się tylko w przekonaniu, że jednak znaczyłaś dla mnie więcej niż na to wyglądało. Wiem, że często byłem dla Ciebie chłodny. Dopiero teraz zrozumiałem ten błąd. Przyznaję, że prawdą było mówienie, że człowiek uczy się na własnych błędach. Tym pierwszym listem chciałem zaspokoić swoją tęsknotę do Ciebie, ale wzmocniłem ją jeszcze bardziej. Był on jak muzyka. Kiedy pierwszy raz ją usłyszałem, chciałem do niej wracać. Tak jest też teraz. Dlatego piszę do Ciebie ponownie.
Zastanawiałem się długo nad swoim życiem, młodością szczególnie, bo to ona odcisnęła na mnie największe piętno. Zastanawiałem się i próbowałem sobie przypomnieć jak do tego doszło ...
Lubiłem marzyć. To było moje ulubione zajęcie zaraz po spaniu. Kiedy spałem śniłem, a kiedy nie spałem marzyłem, a wtedy każda czynność zdawała mi się lekką błahostką. Otaczał mnie wtedy ten sam wiatr co teraz, rozwiewając bujną czuprynę, a słońce ogrzewało moje rumiane policzki tak samo jak w tym właśnie momencie. Byłem wolny jak ptak, czysty, ożywczy jak deszcz. Czułem jakby dusza uleciała z ciała i zataczała własne horyzonty.
Łup! To gongi przywoływały mnie do siebie. Łup! Jeszcze chwilę i unosiłbym się poza wszystkie światy. ŁUP!
Padłem jak długi na świeżą, zieloną wiosenną trawę. Bukowy młot, który wyleciał mi z rąk przełamał się pod wielkim naporem na pal, który próbowałem wbić w twardą ziemię. Nie wstawałem. Cieszyłem się chwilą kiedy chłodna rosa dawała ulgę spoconemu czołu. Czekałem aż serce wróci do swojego normalnego stanu i wciągałem do płuc świeże powietrze. Jak dobrze, że młot się złamał, bo już dłużej bym nie wytrzymał. Zemdlałbym na środku łąki, aż ktoś po zachodzie słońca zacząłby mnie szukać widząc, że długo nie przychodzę.
Nawet nie usłyszałem jak wydreptaną drogą podjechała wspaniała czarna dorożka z zaprzęgiem czterech karych koni, a każdy z nich był tak piękny i zadbany, że przykuwał od razu wzrok przechodniów.
Podniosłem głowę w momencie gdy dorożka zatrzymała się przy mnie i wysiadł z niej bardzo elegancki, prawie że idealnie wyprostowany mężczyzna w podeszłym wieku. Spojrzał na mnie z niesmakiem i przywitał się.
- Wybacz chłopcze, że przerywam pracę, ale czy nie wiesz gdzie mogę znaleźć Anariona Franciszka Rapsoda? – zapytał jakby od niechcenia, lecz ja, leżący na ziemi szybko się podniosłem i spojrzałem na mężczyznę z wyraźnym osłupieniem.
Skąd ten nadęty człowiek wiedział jakie noszę drugie imię? Nikt tego nie wiedział. Tylko świętej pamięci matula tak mnie nazywała. Nie mogłem uwierzyć w to co usłyszałem.
- Przepraszam, ale kto pyta? To ja jestem Anarion Franciszek Rapsod. – Odpowiedziałem zaciekawiony i bardzo podniecony.
- To pan?! – prawie krzyknął z przejęcia staruszek i rzucił na mnie spojrzenie pełne niedowierzania.
Edward nie mógł ufać takiemu młokosowi jak ja. Przez chwilę stał nie mogąc wydobyć z siebie żadnego słowa. Obrzucał mnie raz po raz badawczym spojrzeniem. Chciał znaleźć choć jeden szczegół, który sprawiłby, że nie miałby wątpliwości co do tego, że stoi przed nim prawdziwy panicz Rapsod.
- Czy może mi pan podać jakiś dowód który wskazywałby, że mówi pan rację? – zapytał, a głos nieco umknął mu spod kontroli, bo brzmiał nienaturalnie wysoko.
Nachmurzyłem się. Zawsze uważano mnie za gorszego dlatego, że nie miałem przyzwoitych ubrań i pracowałem jako stajenny na dworze zamożnej rodziny. Teraz staram się pomagać takim młodzianom, bo drzemie w nich wielki potencjał. Czy to tak bardzo plamiło mój honor, że nie mogłem składać oświadczeń na słowo? Pomyślałem przez chwilę. Jeżeli ten człowiek znał moje drugie imię powinien mu wystarczyć … Włożyłem rękę pod starą i bardzo brudną lnianą koszulę. Wyciągnąłem spod niej stary srebrny medalion z wielką literą R na przedzie i pokazałem starszemu panu, który zobaczywszy wisiorek rozpłakał się, a po chwili przytulił mnie do siebie.
- Och, paniczu! Ilem się panicza naszukał, jak się martwił, że go nie znajdzie! Co by mój pan powiedział, gdybym cię nie znalazł! – szlochał mi w ramię, a ja stałem i w osłupieniu czekałem aż starzec się uspokoi. Uważałem go za sztywnego, zimnego mężczyznę jednak w tym momencie zmieniłem całkowicie o nim zdanie. Głos staruszka równie się zmienił na melodyczny i bardzo miły.
Po kilku chwilach usiedliśmy razem na trawie. Byłem bardzo ciekawy kim jest ten człowiek, który właśnie ocierał twarz haftowaną chustką. Odpowiedź przyszła chwilę potem.
- Och, sacreble! Ja się nie przedstawiłem. Co za maniery, co za maniery! – powiedział i uśmiechnął się dobrodusznie. – Paniczu, jestem twoim lokajem. Mam na imię Edward – oświadczył już bardziej oficjalnym tonem i oczekiwał mojej reakcji. Chyba wyglądałem na oniemiałego, z resztą byłem w poważnym szoku, więc mówił dalej.
- Ja wiem, że to dla pana będzie wielki szok, ale pana ojciec ...
- Mój ojciec?! - przerwałem mu na dźwięk słowa "ojciec".
- Tak, drogi paniczu. Pana ojciec! Matka, hrabina Rapsod nie wspominała panu o ojcu? - teraz on wyglądał na zdziwionego. Widać było, że to mu bardzo skomplikowało sprawę.
- Mój ojciec umarł na cholerę! - warknąłem, bo pomyślałem, że ktoś stroi sobie ze mnie żarty. Jaki panicz? Jaki ojciec?
- Chwileczkę, niech się zastanowię ... - siwy Edward powiedział to bardziej do siebie niż do mnie. W napięciu oczekiwałem aż znów zacznie mówić. Czułem niepokój i jednocześnie podniecenie narastające z każdą chwilą. Długo jednak trwało zanim starzec ponownie się odezwał.
- Paniczu ... Dwadzieścia lat temu pański ojciec hrabia Richard Rapsod przyjechał na te ziemie wraz z małżonką, pana matką. Po niespełna roku pobytu w Ameryce ich małżeństwo legło w gruzach i hrabia opuścił te ziemie na zawsze. Hrabina została żeby urodzić panicza, któremu nadała imię Anarion, które ja osobiście jej podsunąłem i Franciszek po jej ojcu. Ja wkrótce potem także zostałem odesłany do hrabi i do dzisiejszego dnia nie miałem kontaktu ani z nią ani z dzieckiem, które wydała na świat. Kilka dni przed jej śmiercią rok temu hrabia Richard otrzymał list od swojej małżonki. Pisała, że umiera, a kiedy to się stanie hrabia ma zając się ich synem. Hrabia wbrew pozorom bardzo kochał hrabinę, ale nie mógł jej wybaczyć błędu jaki popełniła. Natychmiast ze łzami w oczach kazał mi się spakować i wyruszyć na poszukiwanie jego syna. Dotarłem do ciebie, paniczu. Odnalazłem cię. - Kiedy skończył spojrzał na nie, bo poprzednio cały czas wpatrywał się w biedronkę próbującą wdrapać się na szczyt jego czarnego jak smoła buta. Kiedy słuchałem jego opowieści serce jakby stanęło i powietrze z oporem przedostawało się do płuc. Wzruszyłem się jak nigdy przedtem.
- Zawieź mnie do ojca, Edwardzie ... - szepnąłem, a szalejący wiatr poniósł moje słowa i bawił się nimi ukrywając w trawach rozległych łąk Ameryki.
Pamiętam jakby to było dzisiaj. Najpierw uśmiech, a potem uścisk poczciwego, starego Edwarda. Właśnie ten uścisk zmienił wszystko. Czasem gdy zamknę oczy przypominam sobie co wtedy czułem i przeżywam co raz na nowo. Wtedy zacząłem prawdziwie żyć, później doświadczyłem wszystkich ran i leków jakie doświadcza serce ludzkie. Jest to piękne, a zarazem straszne. Ty też przez to przeszłaś ... Każdy z nas.
Szczerze oddany
Anarion Franciszek Rapsod

6 komentarzy:
Nigdy bym nie przypuszczala, ze polubie opowiadanie pisane takim stylem, jestem fanka "brudnej" literatury, powiesci o mordercach, sukach, zlodziejach, gwalcicielach... ale ta historia na prawde mnie urzekla. Czyta sie strasznie lekko. I widac, ze pisanie sprawia ci przyjemnosc. Podziwiam cie rowniez za odwage, bo wymaga odwagi pisanie czegos tak oryginalnego (biorac pod uwage, ze wiekszosc "pisarzy" na serwisach blogowych zajela sie tematem "mlodych, pieknych, gniewnych i bogatych", do diabla z nimi). Ach, no i ta rzadko spotykana pierwszoosobowka - mila odmiana. Anarion jest bardzo w moim typie, na zewnatrz chlodny i wyniosly, a w srodku miekki, niepoprawny marzyciel, ach.
Weny zycze, dodaje do linkow i przepraszam, za brak polskich znakow.
:*
Niezwykle... cudowny sposób władania słowami... chce się a wręcz pragnie więcej!
Trafiłam tu przez reklamę na mylogu i jestem miło zaskoczona. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z opowiadaniem, którego akcja dzieje się w mojej ukochanej epoce...
Dodaję Cię do linków (www.norrington.mylog.pl) i czekam na kolejną część.
Mógłbyś/mogłabyś informować mnie o nowych rozdziałach?
Pozdrawiam :)
Sorrow
jeeeny :)
chyba mogę zapewnić o powrotach :)
jak na razie zapowiada się ciekawie chociaż przez ostatnie pół roku bardzo nastawiona jest na fantasy.. no cóż, życzę weny ^^
PS: gdybyś przypadkiem mnie odwiedził, prosze nie wysuwaj pochopnych wniosków ^^'
Od kiedy zakochałam się w Mickiewiczu, od kiedy poezja Keatsa pochłonęła moje serce, popadłam w samotność, bo na tym świecie brak już prawdziwych romantyków.
Przyznam, że coś we mnie drgnęło, gdy zobaczyłam reklamę Twojego bloga i bez chwili namysłu się tu pojawiłam.
Jestem zachwycona! Oczarowana! Każde słowo wyrażające podziw jakie w języku polskim istnieje kieruję ku Tobie.
Życzę pomyślnych wiatrów w czasie pisania i obiecuję tu i teraz, że będę Ci towarzyszyć tak długo, jak tylko sił mi starczy w tej demonicznej sieci.
Prześlij komentarz