Rozdział drugi

~*~


Florencja, 23 grudnia 1851 roku

Droga Leno!

Znów czuję to samo. Nie mogę się oderwać od myśli o Tobie. Nasila się to z każdym dniem. Może dlatego, że człowiek spędzający samotnie święta jest narażony na atak dobrych duchów, które próbują uratować jego umysł i duszę? Możliwe. Ale wybrały zły moment. Jestem samotnym człowiekiem. Nigdy nie narzekałem, bo sam wybrałem sobie taką drogę. Tak, życie ludzkie pełne jest rozwidlonych dróg i kiedy człowiek przystaje nigdy nie wie, która będzie dla niego odpowiedniejsza. Tak mija mi ta życiowa podróż, na złych wyborach …


Nie czekałem zbyt długo. Pospiesznie się spakowałem i opuściłem ten piękny kraj. Stałem oparty o kadłub potężnego statku i po raz ostatni wdychałem opary wydobywające się z gospód rybackich. Czułem na sobie morski wiatr, tak orzeźwiający jak poranna rosa. Niósł moje myśli do rozległych pagórków i lasów, które było już ledwo widać.

Po moim policzku słynęła łza, która wpadła do wielkiego oceanu. Patrzyłem za nią, aż poczułem czyjąś rękę na ramieniu.

- Jedna kropla może poruszyć nawet potężny nieokiełznany ocean, Anarionie – powiedział uśmiechnięty Edward, lecz nie wiedział tak naprawdę co szarpało moim sercem. Widział tylko moje spotkanie z ojcem. A ja? Tak, pragnąłem tego, ale teraz kiedy widziałem znikającą Amerykę na horyzoncie zrozumiałem jak bardzo kochałem te ziemie i jak bardzo trudno mi będzie o nich zapomnieć pomimo tego, że doświadczyłem tam chyba najcięższy okres w moim życiu. Utratę ukochanej matuli, fizyczne prace na polu i upokorzenia nie mające końca. Mimo tego jednak wiedziałem, że od tego momentu rozpocznę nowe, szczęśliwsze życie wraz z ojcem, który okazał się żywy. Miałem wtedy trochę żalu do matki za to, że mnie okłamywała jednak po czasie uznałem, że to było najlepsze rozwiązanie.

- Opowiedz mi proszę o moim ojcu – odpowiedziałem pytaniem na to dziwne stwierdzenie siwego Edwarda i popatrzyłem na niego. Nie miałem sił patrzeć na widok znikających wierzchołków gór. Lokaj westchnął i mina mu trochę zrzedła.

- Pana ojciec, hrabia Rapsod to w głębi duszy dobry człowiek. Kiedy żyła hrabina cały czas się śmiał, był bardzo towarzyski, ale od czasu, gdy wrócił do Francji stał się odludkiem. Pochłonięty jest pracą i rozmyślaniom. Jest bardzo uczynny, ale ma twarde zasady, których złamanie odczytuje jako obrazę i zlekceważeniem jego honoru i stanowiska. Pomimo tego ma szacunek do każdej istoty, a i on jest bardzo szanowanym jegomościem…

Edward bardzo mi pomógł. Przez te błyskawiczne trzy miesiące podróży opowiedział mi o dworze, w którym miałem zamieszkać, pracy ojca, opowiadał o Francji i swojej ojczystej Anglii. Douczał mnie nawet francuskiego, bo matka częściej posługiwała się angielskim niż francuskim. Jednym słowem, dużo zawdzięczam poczciwemu Edwardowi.

Przebrnęliśmy przez ocean i gorące ziemie Portugalii oraz Hiszpanii. Tam jednak zdarzył się tragiczny wypadek. Edward nie był pierwszej młodości. Z tego co próbowałem się doliczyć na podstawie jego opowiadań miał pięćdziesiąt dwa lata. Nocując w jednej z gospód już na terenie Francji zmarł w śnie. Nie wiem jak do tego doszło, choć od dwóch tygodni skarżył się na bóle klatki piersiowej. Nigdy nie wybaczę sobie tego co wtedy zrobiłem. Byłem tak bardzo poruszony jego śmiercią, a strach ogarną moje całe ciało, że porwałem swój worek z rzeczami, przeszukałem jego rzeczy i wyciągnąłem sakiewkę z monetami. Uciekłem stamtąd zanim ktokolwiek się zorientował, że trup leży w jednej z sypialń.

Do tej pory się z tego spowiadam, bo sumienie wciąż mnie gryzie. Jak mogłem go zostawić samego? Przecież tyle dla mnie zrobił! Czasem naprawdę brzydzę się samego siebie.

Kiedy przybyłem na miejsce okazało się, że ojciec opuścił Francję i przeprowadził się do Niemiec. Byłem zdruzgotany jak mógł to zrobić skoro oczekiwał swego syna. Rozpacz wtargnęła w moje serce, jednak nie poddałem się tak łatwo. Mając sporo pieniędzy odbyłem podróż do Weimaru, gdzie zamieszkał mój ojciec. Szczerze byłem zdziwiony, że można się było tu dogadać po francusku jakby wszyscy znajdowali się we Francji. Ja jednak miałem inne zmartwienie. Muszę wspomnieć jednak o czymś iście poruszającym moje serce. Ameryka była krajem pełnym naturalnego piękna, zieleni. Europa zaś pomimo pięknie przystrojonych dam i pięknych pałaców odpychała wzrok tych, którzy zauważali jej prawdziwy obraz. Obraz śmierci. Cholera panoszyła się wszędzie. W rejonach biedniejszych ludzie konali na ulicach. Odór rozkładających się ciał mieszał się z zapachem olejku kamforowego, który miał chronić przed chorobą. Często traciłem nad sobą panowanie i płakałem przechodząc przez ulice tak piękne i smutne jednocześnie. Nigdy nie zapomnę tego co przeżyłem myśląc o wszechmocnej i przepięknej Europie, bo tak właśnie opisywał mi ją Edward. Czy on również był Az tak ślepy na ból i cierpienie jakie panowało na tych ziemiach?

Nie pamiętam dobrze jak to się stało, że znalazłem się pod bramą willi Schoffen. Pomogło mi kilku ludzi, których imion i twarzy nie jestem w stanie sobie przypomnieć.

Ale to nie jest ważne. Ważne jest to, że kiedy już zdobyłem się na zapukanie do drzwi stałem brudny, posiniaczony, w łachmanach. Zdałem sobie z tego sprawę, gdy drzwi zaczęły się otwierać i stanął w nich lokaj z iście wyniosłą i poważną miną. Nawet tu, w „bajecznej” potędze starego kontynentu robiłem na ludziach dość marne wrażenie.

- Kim pan do diabła jest i co tu robi?! – zapytał bardzo niegrzecznie lokaj. Byłem zdziwiony. Wiedząc, że ojciec oczekuje na swego syna śmiał pytać kim jestem? Czy nie byłem dość podobny do swojego rodziciela, że mylono mnie z jakimś przybłędą?

- Jestem Anarion Franciszek Rapsod, syn Richarda Rapsoda! – odpowiedziałem wyniosłym tonem, a lokaj zaśmiał mi się w twarz.

- Wynoś się stąd chłopcze zanim poszczuję cię psami!


Mój pierwszy kontakt z otoczeniem ojca nie był udany, to fakt, ale droga jaką przebyłem, cała podróż, doświadczenia i widoki jakie przeżyłem nauczyły mnie jednego. Żeby iść przez życie nieustannie i nie poddawać się, kiedy staje się na rozstaju dróg. Każda droga jest dobra, tylko nie każda pasuje do sytuacji w jakiej znajduje się człowiek.

Szczerze oddany

Anarion Franciszek Rapsod

5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Jak obiecałam, tak jestem.
Zacznę od zdania, którym zakończyłeś drugą część. "Każda droga jest dobra...". Temat do poważnej rozmowy! To względność świata, ironia losu, lecz niestety nie każdy potrafi przyjąć tę prawdę na swoje barki. Umysł człowieka został już "wychowany", a każde odstępstwo od ogółu, każda zbyt niebezpieczna inność, to coś złego. Oczywiście nie mówię o tych głupotach świata doczesnego, w których każdy chce być oryginalny... Tu chodzi o poszerzanie akceptacji, horyzontów i chodzenie nawet tymi drogami, którymi inni gardzą. Widzę, że Twój bohater to rozumie:)
Zagadałam się na ulubiony temat, pora wracać do tego co pisałeś!
Podoba mi się bardzo, bardzo. Brniesz dość szybko przez fabułę, nie wiem czy przemierzasz w ten sposób wstęp, dążąc do części właściwej czy cały Twój styl się na tym opiera. Przekonamy się jak DZIEŁO ( i dobrze mówisz! Żadne opowiadanie! ) nabierze właściwych kształtów. W każdym razie pisz, bo zachwyt mój wciąż nie opadł.
I dziękuję za miły komentarz.

Anonimowy pisze...

swietne, chociaz za szybko sie wszystko dzieje

Anonimowy pisze...

A mi sie wydaje, że specjalnie tak pędzisz żeby się w końcu zaczęła przygoda z fortepianem i tą miłością o której mowa w reklamie :)

Anonimowy pisze...

Główny bohater przypomina mi trochę Norwida. Ma szlacheckie korzenie, był w Ameryce, pracował i na dodatek jest nieszczęśliwie zakochany...
Intryguje mnie Lena. Szybko prowadzisz fabułę, więc może wkrótce ją poznam (?)
Pozdrawiam i dużo weny życzę :)

Anonimowy pisze...

Cisza...
Wszędzie wieje i wszystkich rozwiało.